Artefakty

Almanach to niezwykła księga. W istocie — od niej wszystko się zaczyna. Jest najważniejszym artefaktem mojego uniwersum. Nie jest to jednak zwykła książka. Almanach nie pokazuje prawdy obiektywnej — pokazuje to, co oglądający chce zobaczyć. Jest lustrem duszy. Odbiciem myśli, pragnień i obsesji. Tego, czym w danej chwili wypełniona jest głowa i serce człowieka.Jeśli sięgnie po nią ktoś świadomy, zrównoważony, gotowy spojrzeć w głąb siebie — księga może podsunąć wskazówkę. Cichą, konstruktywną. Ale niech los broni przed tym, by trafiła w ręce osoby zbyt ciekawskiej, żądnej wiedzy tylko po to, by karmić własne ego. Wtedy spotkanie z Almanachem może zakończyć się tragicznie — nie tylko dla niej, lecz także dla wszystkich, którzy znajdą się na jej drodze. W księdze uwięziona jest dusza kobiety o imieniu Sael. Zna losy świata. Wie, co było, i przeczuwa to, co dopiero nadejdzie. Almanach pochodzi z metafizycznych Bibliotek Akashy i — co najważniejsze — sam decyduje, gdzie i kiedy ma się pojawić, aby dopełnić własne, niezależne przeznaczenie. Nie jest dobry. Nie jest zły. Po prostu jest — i robi to, do czego został stworzony. Dlatego nazywany bywa Almanachem Utraconych Dusz. Każdy, kto w niego zajrzy, zostaje na zawsze zapisany w jego kronikach.

Almanach a w nim Seal (pieczęć chroniąca coś przed otwarciem) - duch kobiety zamknięty w księdze.

Kilesen - Wampirzyca upuszcza Almanach i traci go bezpowrotnie.

Lunaire - Zgodziła się zaprezentować księgę i pokazać ją chociaż na chwilę.

Lunaire - Zgodziła się zaprezentować także klejnot Cintamani w jego pierwotnym kształcie - wyciągnięty prosto z kostura Mędrca Skatadosa.

Powyżej mnich Esho posiadający tylko jeden z czterech odłamków klejnotu, to ten zakopany pod drzewem Bodhi.

Klejnot Cintamani z żywym okiem ożywiony przez "Źródło - Zwornik" posiadał taki właśnie Pahatma Skatados, jeden z Archontów 25000 lat temu.

Klejnot Cintamani – skąd naprawdę się wziął? Zanim ktoś zapyta, czy to tylko legenda, uprzedzę: tak, legenda… ale taka, która od tysięcy lat nie daje ludziom spokoju. Cintamani — w sanskrycie „klejnot umysłu”, „klejnot życzeń”. Artefakt, o którym mówi się, że potrafi spełnić każde pragnienie. Ale to tylko połowa prawdy. Druga połowa jest dużo ciekawsza. W buddyzmie Cintamani nie jest zwykłym przedmiotem. To symbol umysłu — tego, co nosisz w środku. Myśli, intencji, obsesji. Czasem przedstawiano go jako perłę w płomieniach, czasem jako liść drzewa pipal, a najczęściej… w dłoni bodhisattwy. Nie bez powodu. Kto trzyma Cintamani, ten nie „używa” mocy — on ją ujawnia. W dawnych sutrach mówi się, że klejnot należał kiedyś do wielkiego smoka. W innych wersjach — pochodził z serca Garudy, mitycznego ptaka, albo z wnętrza Makary, pradawnej istoty z głębin. Już same te opowieści sugerują jedno: to nie był artefakt dla ludzi. Legenda głosi, że król Aśoka otrzymał pięć takich klejnotów. I co zrobił? Nie nosił ich przy sobie. Umieścił je w najświętszych miejscach świata: przy drzewie Bodhi, w miejscu oświecenia Buddy, parinirwany… Jakby wiedział, że Cintamani nie powinien należeć do jednej osoby zbyt długo. W hinduizmie historia idzie jeszcze dalej. Tam Cintamani wyłania się z Mlecznego Oceanu podczas amrytamanthany — kosmicznego procesu, w którym bogowie i demony wspólnie wydobywali amrytę, eliksir nieśmiertelności. Klejnot miał postać diamentu. Czystej, idealnej formy. Ale znowu — nie był nagrodą. Był testem. I teraz najważniejsze. W mojej książce Cintamani nie jest ani perłą, ani diamentem. Jest klejnotem z okiem w środku. Okiem, które patrzy. Nie na świat — na ciebie. Ten klejnot należał do Mędrca. Nie spełniał życzeń. On wydobywał prawdę. A prawda, jak wiadomo, potrafi być bardziej niebezpieczna niż kłamstwo. Cintamani uległ zniszczeniu i rozpadł się na cztery części. Jedną z nich nosił Esho — i choć nie dawała mu władzy, wielokrotnie ratowała mu życie. Nie dlatego, że była magiczna. Tylko dlatego, że zmieniała sposób patrzenia. Reszta? Cóż… to już zostawiam kartom powieści. Jedno jest pewne Cintamani nigdy nie był „klejnotem życzeń”. Był lustrem. A lustra — jak wiemy — nie pokazują tego, co chcemy zobaczyć. Tylko to, co naprawdę w nas jest.

Drzewo Sha’Laakar…

no obłęd. Ono… ono…

i widzisz — w tym miejscu zawsze mnie zatyka. Gęba na kłódkę.

Nie dlatego, że nie chcę powiedzieć więcej.

Tylko dlatego, że nie wolno.

Mogę jedynie wyjaśnić nazwę.

Sha’Laakar pochodzi z aramejskiej stylizacji rytualnej — języka, którym nie opisywano świata, lecz naruszano jego strukturę.

Sha oznacza „to, co przynależy” albo „to, co zostało przypisane”.

La jest zaprzeczeniem — odcięciem, brakiem zgody, zerwaniem ciągłości.

Akar to „korzeń” albo „wyrwanie z korzeniem”. Razem tworzą sens, którego lepiej nie rozkładać na czynniki pierwsze: „To, co wyrywa przypisany korzeń istnienia”. Dlatego Sha’Laakar nazywane jest Drzewem Śmierci. Nie śmierci ciała — to byłoby zbyt proste. Śmierci wyboru. Śmierci drogi. Śmierci tego, kim mógłbyś się stać. W moich książkach opisane jest tylko tyle, ile można bezpiecznie wypowiedzieć. Reszta zostaje między Drzewem a tym, kto odważy się do niego podejść. I to naprawdę wszystko, co wolno mi powiedzieć.

Lunaire zgodziła się pokazać miniaturkę tego "przeuroczego drzewka" niczym Bonsai - tzw. odwrócone Bonsai - Nie uspokaja wręcz przeciwnie.

Kulki Nicości — Trzecia Dłoń Wymiarów (Manus Tertia Dimensionum, w mrocznym dialekcie Sha’Nuar)

Kulki Nicości nie niszczyły ciał w sposób gwałtowny. One wciągały. Gdy Sha’Nuar została uruchomiona, wokół celu zapadała się przestrzeń — nie jak wir powietrza, lecz jak brak decyzji świata, czy dana istota powinna jeszcze istnieć. Postać była zasysana do wnętrza kuli, powoli, bez krzyku, jakby sama rzeczywistość cofała się o krok. W chwili pełnego pochłonięcia kula zamykała się, a jej wnętrze stawało się bramą, nie grobem.

Karafka Wieczności — Kahal Et’Ameer („Naczynie Dławiące Czas”) Po wrzuceniu aktywowanej Kuli Nicości do Karafki Wieczności następował akt, którego nie dało się cofnąć.

Sha’Nuar stapiała się z naczyniem na zawsze.

Nie jako przedmiot, lecz jako funkcja Karafki — kanał, przez który odebrana ze świata istota była przenoszona do wnętrza Kahal Et’Ameer. Od tej chwili nie istniała już w swoim dawnym wymiarze, lecz zamieszkiwała Karafkę: w czasie nienaruszonym, w przestrzeni niepełnej, w świecie pomiędzy wspomnieniem a trwaniem. Dla jednych było to więzienie. Dla innych — ocalenie. Dla Karafki — wypełnienie jej przeznaczenia. Związek obu artefaktów Kulki Nicości nigdy nie miały być używane samodzielnie. Ich sens istniał tylko w połączeniu z Karafką Wieczności. Sha’Nuar była dłonią, która zabierała ze świata. Kahal Et’Ameer — naczyniem, które nie pozwalało odebranemu zniknąć. Dlatego mówiono w najstarszych przekazach: „Kula wybiera. Karafka pamięta.” I dlatego każdy, kto próbował użyć Trzeciej Dłoni bez Naczynia, zostawiał po sobie jedynie pustkę, która nie miała dokąd odejść.

Lunaire pokazuje tutaj dość fajną małą karafkę wieczności ;-)

Igła PrzeznaczeniaIgła

Przeznaczenia była ukryta w ikosaedrze — dwudziestościennej bryle, gładkiej, chłodnej w dotyku, niemal geometrycznie doskonałej. Nie wyglądała jak relikwiarz ani artefakt. Raczej jak zabawka losu albo przedmiot do gry, który ktoś zostawił przez przypadek. A jednak to właśnie rzut był kluczem. Gdy ikosaedr został rzucony, otwierał portal do innego wymiaru. Nie zawsze w to samo miejsce. Nie zawsze w ten sam sposób. Jakby bryła nie tyle wskazywała kierunek, co wybierała wariant rzeczywistości. Odkrycie Lunaire Lunaire znalazła pudełko przy łóżku, zaraz po przebudzeniu. Niewielkie. Niepozorne. Takie, które można by pomylić z etui na biżuterię albo drobną pamiątkę. I właśnie to było najbardziej niepokojące. Bo gdy otworzyła pudełko i wyjęła igłę, okazało się, że:

  • igła jest znacznie większa niż samo pudełko,

  • nie mieściła się w nim w żaden logiczny sposób,

  • jakby nie podlegała prawom przestrzeni, z której została wyjęta.

To nie była iluzja. To było złamanie reguł.

Wow - rzucam i wychodzę!...

Kolczyki Lunaire

Kolczyki Lunaire nie są ozdobą. Choć na pierwszy rzut oka wyglądają jak biżuteria — drobne, eleganckie, z wirującym światłem w środku — w rzeczywistości są przejściem. W ich wnętrzu nie ma imitacji. Nie ma symbolu ani obrazu. Jest prawdziwa Galaktyka Drogi Mlecznej. Miniaturowa tylko pozornie.

Działanie

Kolczyki wciągają dosłownie. Nie hipnotyzują. Nie czarują. One zasysają — przestrzeń, uwagę, świadomość, a czasem i całe istnienie. Postacie, które znalazły się zbyt blisko, znikały w ich wnętrzu tak, jakby zostały wymazane z jednego porządku i zapisane w innym.

I pojawiają się później… ale nie zawsze w tym samym świecie.

Nie chwal się już nie chwal - Ładne te kolczyki.