
Postacie


Lunaire to jedna z kluczowych postaci mojego uniwersum, a być może jego najważniejsza oś. Jej historia nie jest jednak prosta ani jednowymiarowa. To opowieść rozpisana na cykl powieści, pełna przemian, symboli i ukrytych znaczeń, w których łatwo się zagubić… ale właśnie w tym tkwi jej siła. Poznajemy Lunaire w pierwszej napisanej przeze mnie książce jako młodą dziewczynę — ma zaledwie szesnaście–osiemnaście lat, gdy na jej drodze staje Johnny. Ich relacja rodzi się z wspólnej przygody, tajemniczej księgi zwanej Almanachem oraz zderzenia z tym samym zagrożeniem — Kardynałem Angelo Cruentusem. To czas młodości, niewinności i pierwszego zetknięcia ze złem. Lunaire jest wtedy delikatna, wrażliwa, nie do końca gotowa na brutalność świata, który zaczyna odsłaniać przed nią swoje prawdziwe oblicze. Jednak doświadczenia, których doznaje, stopniowo ją zmieniają. Dorasta — i nie jest to zwykłe dojrzewanie, lecz proces głęboki, bolesny i nieodwracalny. Jej charakter się hartuje, a wewnętrzna przemiana staje się coraz wyraźniejsza. Kulminacja tej drogi następuje w powieści „Almanach Utraconych Dusz – Zesłanie”, gdzie dorosła już Lunaire staje twarzą w twarz nie tylko z narastającym złem, lecz przede wszystkim… z samą sobą. To właśnie tam odkrywa, że prawdziwe pole walki nie znajduje się na zewnątrz — lecz w jej własnym wnętrzu.
Ale to wciąż nie cała prawda.
Lunaire jest bowiem kimś więcej. W pewnym sensie jest również Lirael — choć znaczenie tego połączenia odsłania się dopiero w trakcie lektury całego cyklu. Czytelnik, który przejdzie tę drogę razem z bohaterkami, zrozumie, co je łączy, dlaczego ich losy splatają się ponad czasem i tożsamością… i jak wielką rolę odgrywają w całym uniwersum.
To historia o przemianie, świadomości i cienkiej granicy między tym, kim jesteśmy, a kim możemy się stać.






























































Johnny, czyli Bavus — dlaczego nosi dwa imiona, tego dowiesz się już z kart powieści.
To właśnie Johnny jest iskrą, od której zaczyna się całe zamieszanie. To on, podczas zwykłej wizyty na bazarze, zauważa tajemniczą księgę zwaną Almanachem i… przynosi ją do domu. Co go do tego skłoniło? Trudno powiedzieć. Jedno jest pewne — był to moment, w którym rzeczywistość zaczęła się niebezpiecznie rozszczelniać.
W pierwszej części „Almanachu Utraconych Dusz” Johnny pozostaje nieco w cieniu — jest jak echo i kontrapunkt dla Lunaire, obecny, lecz wycofany. Jednak w tomie „Zesłanie” odzyskuje własny głos, charakter i znaczenie, stając się pełnoprawnym uczestnikiem wydarzeń, które wymykają się spod kontroli.
W powieści „Karafka Wieczności” Johnny pojawia się jedynie we wzmiankach — i warto tu zachować czujność: nie należy mylić go z Janem, który jest sprawcą zupełnie innego zamieszania. To Jan otwiera Karafkę (lub — jak sam by powiedział — „ten dziwny wazon z bazaru w Turcji”) i uwalnia dżina Abarasa.
Ale to już… zupełnie inna historia.
Kardynał Angelo Cruentus, znany również jako dr Nachtman.
Czy w tych książkach postać może mieć tylko jedną tożsamość? Oczywiście, że nie — tu każda jest wielowymiarowa.
Angelo to rasowy intrygant. Kardynał z ambicjami znacznie wykraczającymi poza purpurę i złote pierścienie. Władza nad światem? Brzmi jak coś, po co bez wahania by sięgnął — i zrobiłby wszystko, by ją zdobyć. Ale jak to zwykle bywa w powieściach… zło nie może triumfować.
Ups — spoiler. Choć w prawdziwym życiu bywa z tym różnie.
Ma wszystkie przyzwyczajenia godne „prawdziwego” kardynała: bez pukania się nie wchodzi, sprzeciw jest obrazą, a każdy inny człowiek jest z definicji gorszy. Dlaczego? Logika Angelo jest prosta — skoro on jest najlepszy, reszta musibyć słabsza. I kropka.
Z pozoru wydaje się postacią niemal nieśmiertelną, jakby czas i konsekwencje go omijały. Jednak ile w tym prawdy, a ile starannie pielęgnowanej iluzji — to już pozostaje do odkrycia na kartach „Almanachu Utraconych Dusz” oraz „Zesłania”.


Pahatma Skatados — Archonta, znany także jako Mędrzec lub Pustelnik. Dla wielu ludzi po prostu demon. Istota upadła. Dawniej nosił również imię Phantasma Skatados (czyli „Widmo z Ciemności”, Archonta — Zarządca Rzeczywistości). Jego tożsamość jest złożona i niejednoznaczna — tak jak przez wieki zmieniały się imiona diabła: demon, szatan, Lucyfer, Belzebub, Bafomet, Pan czy Mefistofeles. W mojej powieści Skatados nie jest jednak prostym uosobieniem zła. To istota wielowymiarowa, wysłana na Ziemię z polecenia — z misją. Ludzie boją się go od pierwszego spojrzenia, choć nie zawsze rozumieją, kim naprawdę jest. A on sam, wraz z upływem czasu, staje się coraz bardziej drażliwy i zuchwały. Dlaczego? Ponieważ napotyka opór. Ponieważ nie potrafi dowieść skuteczności swoich działań przed tymi, którym podlega. Raz widzimy Pahatmę jako charyzmatycznego, przystojnego mężczyznę. Innym razem — jako demona albo odosobnionego pustelnika. Jego forma zmienia się tak samo jak sposób, w jaki postrzegają go ludzie. Aby naprawdę go zrozumieć, trzeba sięgnąć głębiej — w samą lekturę. Zdradzę jedynie tyle, nie ujawniając zbyt wiele: Pahatma Skatados pojawia się we wszystkich trzech powieściach i za każdym razem odsłania inne oblicze.


Aria to dziewczyna, która w życiu sporo przeszła. Chciała dobrze — jak to zwykle bywa — ale potem poznała Valeriana i… no cóż, nie wyszło. Dlaczego i jak dokładnie, dowiesz się w pierwszej części Almanachu. Po tamtych wydarzeniach została najemniczką. Właśnie wtedy poznała Esho. Od tamtej pory trudno powiedzieć, gdzie kończy się przypadek, a zaczyna przeznaczenie. Jedno jest pewne: Aria zjeździła pół świata i ma za sobą życie, którego nie da się opowiedzieć w jednym wieczorze. Poczucie humoru to jej znak rozpoznawczy — często czarne, czasem kąśliwe, ale zawsze na miejscu. Ubiera się trochę jak chłopczyca, choć absolutnie nie brakuje jej kobiecości. Lubi pomagać innym, a jeszcze bardziej tajne misje, niejasne układy i sprawy, o których lepiej nie mówić głośno. Co zabawne (albo niepokojące), wygląda na to, że takie sprawy same ją znajdują. Nie zawsze ma dobrą rękę do ludzi. Zdarza jej się wpakować w sytuacje, które — mówiąc kolokwialnie — są kompletnie gówniane, śmierdzące i bez wyjścia. Ale jeśli ktoś potrafi z nich wyjść z podniesioną głową (albo przynajmniej z ironicznym komentarzem), to właśnie ona.






Esho to z pozoru zwyczajny człowiek. Człowiek z marzeniem — chciał zostać buddyjskim mnichem. I był bardzo blisko. Prawie mu się udało. Ale życie szybko pokazało mu coś, czego nie da się znaleźć w księgach ani w ciszy klasztoru: duchowa ścieżka nie jest linią prostą. To droga pełna upadków, gniewu, błędów i prób. Esho odkrył, że nawet jeśli potrafi być zły — to równie dobrze potrafi się zmienić. A kiedy zmienia się on, zmienia się wszystko wokół.Marzenie o duchowej nieskazitelności zostało brutalnie zweryfikowane. Tam, gdzie szukał ideałów, spotykał przede wszystkim własne słabości i cudze potrzeby. I właśnie to okazało się prawdziwą lekcją. Na szczęście na jego drodze pojawili się Aria, Johnny i Lunaire — oraz wielu innych ludzi, którzy wnieśli do jego życia doświadczenie, konflikt, przyjaźń i naukę. To oni nauczyli go, że oświecenie nie zawsze rodzi się w odosobnieniu. Czasem rodzi się w relacji. Dzięki latom medytacji w klasztorze Esho rozwinął niezwykłe zdolności — siddhi. Moce, o których nie mówi się głośno i których nie szuka się dla samej potęgi. Jakie dokładnie? Tego nie zdradzę. Jeśli jeszcze nie czytałeś książki, warto się tego dowiedzieć samemu.


Hrabia Saint Germain jak to kiedyś ktoś rzekł "...postać znana...", a był znany również jako Samael Ben Garion, to jedna z tych postaci, które historia próbuje uporządkować, a którym to zupełnie nie przeszkadza. Oficjalnie: arystokrata, dyplomata, alchemik, muzyk. Nieoficjalnie: ktoś, kto nie powinien istnieć tak długo. Pojawiał się w Europie XVIII wieku, choć sam twierdził, że pamięta czasy znacznie wcześniejsze. Bywał na dworze Ludwik XV, gdzie cieszył się osobistą sympatią monarchy i jego faworyty, Madame de Pompadour. Nie był tam traktowany jak egzotyczna ciekawostka — raczej jak ktoś, kogo lepiej słuchać uważnie. Rozmawiał z Voltaire, który półżartem, półserio nazywał go „człowiekiem, który wie wszystko i nigdy nie umiera”. Spotykał się z Giacomo Casanova, który z kolei podejrzewał go o bycie genialnym oszustem — choć jednocześnie przyznawał, że Saint Germain posiadał wiedzę i maniery, których nie da się łatwo udawać. Co ciekawe, Saint Germain często opowiadał o wydarzeniach historycznych jak naoczny świadek. Wspominał rozmowy z ludźmi, którzy według oficjalnych dat powinni już dawno nie żyć. Znał detale bitew, intryg i dworskich sekretów, których nie było w żadnych kronikach. Nigdy nie jadł publicznie. Rzadko pił. Nie chorował. Zawsze wyglądał tak samo. Zajmował się alchemią, ale nie tą z jarmarków. Mówiono, że potrafił oczyszczać metale, poprawiać jakość klejnotów, a nawet „naprawiać” diamenty. Grał na skrzypcach, komponował muzykę, znał się na chemii, medycynie i dyplomacji. Mówił biegle w wielu językach — czasem w takich, które uznawano już za martwe. Po jego rzekomej śmierci… był widywany ponownie. W różnych krajach. W różnych dekadach. Zawsze podobny. Zawsze spokojny. Jedni twierdzili, że był mistrzem mistyfikacji. Inni — że członkiem tajnych bractw. Byli też tacy, którzy szeptali, że nie był do końca człowiekiem. Albo że był kimś, kto nauczył się poruszać między epokami równie swobodnie, jak inni między miastami. Historia nigdy nie udzieliła jednoznacznej odpowiedzi. Ale w mojej powieści… ta historia skręca w zupełnie inną stronę. Nie zdradzę, kim naprawdę był Samael Ben Garion, ani jak zdobył nieśmiertelność. Powiem tylko tyle: nie był to eliksir, nie była to sztuczka ani legenda. Odpowiedź znajduje się w Karafce Wieczności — i w wydarzeniach, które wykraczają daleko poza to, co zwykliśmy nazywać historią. Reszta czeka w książkach. A niektóre tajemnice… lepiej poznawać powoli.




Lea — postać, o której wiadomo zdecydowanie zbyt mało, by mówić o niej z pełnym przekonaniem. A jednocześnie na tyle dużo, by mieć pewność, że nie jest kimś przypadkowym. Znana jest przede wszystkim z tego, że współpracuje z Hrabią Saint Germainem. Pomaga mu — choć samo słowo „pomaga” może być tu zbyt proste. Lea nie jest uczennicą ani asystentką. Jest alchemikiem i magiem na własnych zasadach, kimś, kto rozumie procesy, których inni nawet nie potrafią nazwać. Nie afiszuje się ze swoją wiedzą. Nie zostawia po sobie traktatów ani manifestów. Jej obecność zazwyczaj oznacza, że coś jest w toku — rytuał, eksperyment, plan, który wymaga ciszy i precyzji. Tam, gdzie Saint Germain porusza się między dworami, epokami i wpływami, Lea działa w cieniu. Cicho. Skutecznie. Pojawia się w pierwszej części „Almanachu Utraconych Dusz” — i to musi na razie wystarczyć. Więcej o niej nie wiadomo. A może raczej: nie wszystko powinno być powiedziane wprost. Jedno jest jednak pewne. To, co łączy Leę i Saint Germaina, wykracza daleko poza zwykłą przyjaźń czy współpracę. Jest w tym wspólna przeszłość, wspólna wiedza — i coś jeszcze. Coś, czego nie da się nazwać bez zrozumienia ceny, jaką oboje zapłacili. Reszta pozostaje między wierszami. I między nimi.






Jan jest nowym bohaterem w uniwersum. Pojawia się dopiero w „Karafce Wieczności”, ale od razu gra pierwsze skrzypce. I warto to podkreślić: Jan to nie Johnny. To zupełnie inne postacie. Nigdy się nie spotkali i nie mieli okazji się poznać. Jan natomiast zdążył poznać Abarasa oraz całą Świtę z Karafki Wieczności — czego nie doświadczył żaden z wcześniejszych bohaterów. Oni nie znają ich świata. Jan wszedł w niego pierwszy. Na początku jest raczej zwykłym facetem po trzydziestce. Luźne podejście do życia, bez wielkich planów, bez poczucia, że uczestniczy w czymś większym. Taki „normalny gość”, który myśli, że ma jeszcze sporo czasu. Problem w tym, że… nie ma. Na razie jeszcze o tym nie wie. Tak samo jak ty — jeśli nie czytałeś „Karafki Wieczności”. Dlatego najlepiej zrobić jedną rzecz: sięgnąć po książkę i sprawdzić, jak długo Janowi uda się pozostać zwykłym człowiekiem.
Abaras to moja ulubiona postać — dżin, lecz nie demon z bajek ani wcielenie zła. Owszem, spełnia życzenia, ale w sposób zupełnie inny, niż mogłoby ci się wydawać. Nie daje gotowych odpowiedzi ani łatwych rozwiązań. Zamiast tego przekazuje mądrość. A ta, wbrew temu, co dziś często się słyszy, wcale nie jest przereklamowana. Przereklamowane są skróty. Abaras przeżył więcej niż współcześni ludzie potrafiliby sobie wyobrazić — i właśnie dlatego wie, że prawdziwa mądrość ma swoją cenę, ale też sens. Sięgnij po „Karafkę Wieczności” i posłuchaj jego historii. Nie po to, by dostać życzenie — lecz by zrozumieć, dlaczego nigdy nie powinno się go wypowiadać zbyt pochopnie.










Tajem — kupiec z Dolnego Miasta, pojawiający się w „Karafce Wieczności”. Krążą jednak plotki, że to tylko jedno z jego imion. Niektórzy mówią, że był także Ubarialem. Kim był Ubarial? Odpowiedź znajdziesz w „Almanachu Utraconych Dusz: Zesłanie” — ale to wciąż nie cała historia. Tajem występuje również pod inną postacią: jako kupiec sprzedający Almanach. Przypadek? W jego przypadku nic nie jest przypadkowe. Każde spotkanie z nim ma znaczenie, choć rzadko od razu wiadomo jakie. Jest tajemniczy, enigmatyczny i metafizyczny. Potrafi powiedzieć każdemu więcej o jego życiu, niż ten byłby gotów usłyszeć — pod warunkiem, że zada właściwe pytanie. A czasem nawet wtedy, gdy wolałby milczeć. Reszta należy już do książek. Bo Tajem to jedna z tych postaci, które nie tyle się poznaje, co odkrywa.
Kael — syn namiestnika. To właściwie wszystko, co na razie powinno się o nim powiedzieć. Jest zapatrzony w siebie, pewny własnej wartości i wychowany twardą ręką ojca, który nie znał litości ani półśrodków. Dyscyplina, ambicja i chłód — na tym zbudowano Kaela. Ma marzenia. Wielkie. W przyszłości chce władać Elysei i nie widzi powodu, by ktokolwiek miał mu w tym przeszkodzić. Na tym jednak poprzestanę. Każde kolejne zdanie byłoby już spojlerem. Resztę musisz odkryć sam, zagłębiając się w opowieść.
Lirael to nie Lunaire — choć na pierwszy rzut oka mogą wydawać się do siebie podobne. Dlaczego tak jest? Odpowiedź kryje się w sekretach, których nie zdradza się od razu. Te czekają już tylko w Karafce Wieczności autorstwa B. Riverside. Lirael była księżniczką. Jej matka zginęła nagle, w tragicznym wypadku, pozostawiając ją samą z ojcem — królem Solmarionem. Łączyła ich silna, głęboka więź, oparta na zaufaniu i bliskości. Jednak los miał wobec Lirael zupełnie inne plany. W moim świecie odgrywa ona rolę niezwykle istotną — być może najważniejszą ze wszystkich. Paradoksalnie jednak nie chodzi tylko o los świata, lecz przede wszystkim o nią samą. Dlaczego właśnie o nią? Tego dowiesz się dopiero po lekturze Almanachu Utraconych Dusz: Zesłanie.
Sharmistha to postać znana z Mahabharata – księżniczka asurów, córka króla Vrishaparvy. Dumna, impulsywna i pełna sprzecznych emocji, zapisała się w eposie jako bohaterka tragiczna. Jej konflikt z Devayani doprowadził do dramatycznych wydarzeń, a los sprawił, że z księżniczki stała się służką, a później potajemną kochanką króla Yayatiego. Choć działała często pod wpływem gniewu i namiętności, miała realny wpływ na bieg historii i rodowód dynastii Bharata. W książkach B. Riverside Sharmistha zachowuje tę dwoistość natury – ma mieszane intencje, nie jest ani jednoznacznie dobra, ani zła. Uczy się poprzez konsekwencje własnych wyborów, dojrzewa i zmienia się w trakcie opowieści. W Almanach Utraconych Dusz – Zesłanie spotyka na swojej drodze Lunaire, a to spotkanie okazuje się kluczowe. Sharmistha wywiera duży wpływ na fabułę powieści, stając się jedną z tych postaci, które – choć działają z cienia – realnie kształtują losy świata.
Kali w mitologii hinduskiej to bogini czasu, śmierci i transformacji. Często przedstawiana jako przerażająca – z naszyjnikiem z czaszek i językiem splamionym krwią – bywa błędnie postrzegana jako istota czysto destrukcyjna. W rzeczywistości Kali nie jest boginią chaosu, lecz prawdy i ostatecznego porządku. Niszczy nie po to, by siać zło, ale by usuwać iluzje, ego i wszystko to, co blokuje duchowy rozwój. W micie jest strażniczką dharmy – zasad, których nie wolno złamać bez konsekwencji. W powieściach B. Riverside Kali pomaga Sharmisthie, pełniąc rolę surowej, lecz uczciwej przewodniczki. Nie jest groźna – jest bezkompromisowa. Nie kusi, nie manipuluje i nie obiecuje łatwych dróg. Wymaga prawdy, odwagi i gotowości poniesienia ceny za własne decyzje. Jej pomoc polega nie na ochronie przed cierpieniem, lecz na nauczeniu, jak przez nie przejść bez utraty siebie. Wątek mityczny Kali w powieści zachowuje swoje korzenie: bogini pojawia się tam, gdzie świat balansuje na granicy upadku, a bohaterowie próbują oszukać los lub samych siebie. Dla Sharmisthy Kali staje się lustrem – pokazuje jej, kim jest naprawdę i kim może się stać. To spotkanie nie daje ukojenia, ale przebudzenie, które ma ogromny wpływ na dalszy bieg historii.
Król Solmarion zasłynął przede wszystkim z jednego — z ciekawości. Nie tej niewinnej, dziecięcej, lecz głębokiej, nienasyconej, takiej, która nie pozwala przejść obok tajemnicy obojętnie. Chciał wiedzieć więcej niż inni. Zawsze. Chciał zajrzeć tam, gdzie rozsądniej byłoby odwrócić wzrok, zadać pytanie, którego nikt wcześniej nie odważył się wypowiedzieć na głos. I właśnie ta ciekawość… No cóż — nie powiem, dokąd go zaprowadziła. Solmarion jest ojcem Lirael, a jego decyzje odcisnęły na jej losie piętno, którego nie da się cofnąć ani zapomnieć. To, co uczynił, nie było ani przypadkowe, ani błahe — było konsekwencją lat poszukiwań, ambicji i przekonania, że on musi wiedzieć. Reszty nie zdradzę. Jeśli chcesz zrozumieć, co naprawdę zrobił król Solmarion i dlaczego świat już po tym nie był taki sam, musisz sięgnąć po „Karafkę Wieczności”.
Powiem tylko jedno:
będzie się działo.
Kilesen jest wampirzycą — a jak to bywa z wampirami, gra nieczysto. Zawsze dla siebie. Zawsze z myślą o własnym przetrwaniu, korzyści, kolejnym ruchu. I choć nosi na karku ciężar wielu lat, a może nawet wieków, wciąż nie dostrzega jednego: że to ego kieruje niemal każdym jej wyborem. Nie uważa się za złą. Raczej za sprytną. Za tę, która „wie lepiej” i potrafi wykorzystać sytuację. Problem w tym, że właśnie ta pewność siebie oślepia ją najbardziej. Kilesen nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo sama siebie więzi, powtarzając te same schematy — mimo całego doświadczenia, które powinna już dawno przekuć w mądrość. W „Karafce Wieczności” jest postacią niejednoznaczną, niebezpieczną i fascynującą zarazem. Jeśli chcesz ją naprawdę poznać, musisz śledzić jej decyzje, a nie deklaracje. Przeczytaj i poznaj ją sam. Bo z Kilesen nigdy nie wiadomo, czy właśnie ratuje siebie… czy szykuje kolejny upadek.


Mroczna tajemnica.






